Blog > Komentarze do wpisu
W Kędzierzynie-Koźlu potrzeba wizjonerów – rozmowa z Kamilem Nowakiem

Kamil NowakW ostatnim tekście o tobie w „Gazecie Wyborczej” występujesz jako „ekolog, działacz społeczny i dziennikarz”. A jak ty sam byś siebie scharakteryzował? Które z tych określeń jest ci najbliższe?

Nie potrafię tego oddzielić. Już dawno temu zdałem sobie sprawę, że dziennikarstwo, które uprawiam, można nazwać społecznie zaangażowanym, obywatelskim lub uczestniczącym. Taki rodzaj świadomej potrzeby pozyskiwania informacji i dzielenia się nimi z innymi. Nie traktuję tej pracy jako sposobu na zarabianie pieniędzy od 8 do 15. Znacznie więcej dzieje się poza nią, między innymi w ramach działalności społecznej. To się w jakiś sposób zazębia. Jestem aktywny i poszukuję problemów, które można rozwiązać i tym samym mieć wpływ na otoczenie, w którym żyję.

Ekolog to łatka, która do mnie przywarła. Między innymi dlatego, że zacząłem zauważać i nagłaśniać zagadnienia, które wiążą się z ochroną środowiska czy przyrody, a z którymi mamy do czynienia z racji miejsca, w którym mieszkamy. Ciężko mi przejść obojętnie wobec wiedzy, że być może ostatnie wartościowe turystycznie miejsce na terenie miasta czy powiatu może zostać zabudowane lub zamienione w wysypisko odpadów tylko dlatego, że należy do skarbu państwa, czyli w powszechnej opinii jest niczyje.

Przez wiele lat pisałeś do „Gazety Lokalnej”. Jakiś czas temu przestałeś, dlaczego?

Nie widziałem dalszego sensu. Zacząłem prowadzić knajpę, w tym samym czasie urodziło mi się dziecko. Nie dawałem rady pracować na trzy etaty na raz. W końcu doszło do przemian w łonie gazety. Na etat nie miałem co liczyć i nasze drogi się rozeszły. Potem wróciłem do pisania, ale na krótko. Ściganie się z reklamami jakoś do mnie nie przemawiało. Zacząłem zbierać materiały do swojego wydawnictwa i pracować w innym zawodzie. Zaczęła mnie interesować inna forma dziennikarstwa, wymagająca bezpośredniego zaangażowania w sprawy, o których się pisze.

Co się stało z twoim pubem? Jak wspominasz „Dym” i czemu już go nie ma?

Nie ma sensu działalność gospodarcza, która nie przynosi profitów. Okazuje się, że prowadzenie lokalu oddalonego od centrum w naszym mieście nie ma sensu. Więcej miałem klientów, którzy przyjeżdżali z Wysp niż ze Śródmieścia. Dodatkowo przydarzyła się zima, która trwała do kwietnia, a lokal był bez centralnego ogrzewania. Same kłody pod nogi.

A jak wspominam? Chyba najszczęśliwszy okres w moim życiu. Mogłem robić co mi się podoba. Pełne zaufanie w relacji klient – kapitalista. Po pracy w gazecie przychodziłem do lokalu, wytrzymywałem do 22, a potem kładłem się na ławce i zasypiałem. Klienci sami sobie nalewali piwo i odkładali kasę na kupkę. Miło wspominam koncerty, możliwość wymiany myśli, ścianę, na której każdy mógł coś namalować. Marzyła się nam taka mała namiastka niezależnego centrum kulturalnego i udało się to po części zrealizować. Od pięciu lat obiecujemy sobie, że wrócimy do tego pomysłu.

Kolejny punkt w CV Kamila Nowaka to GIL...

GIL, czyli Grupa Inicjatyw Lokalnych, to stowarzyszenie, które powstało chyba w 2000 r. na bazie mojej wymiany korespondencji ze stowarzyszeniem Klon/Jawor i po lekturze anarchistycznych zinów. W nich wyczytałem, że w ogóle istnieje taka forma, przy pomocy której można spróbować mieć wpływ na to, co się wokół nas dzieje. Mieliśmy dość biadolenia przy piwie, że w tym mieście nic się nie dzieje. Chcieliśmy spróbować coś zmienić. Zebraliśmy się chyba w dwadzieścia osób – głównie maturzyści, uczniowie szkół średnich i studenci – i postanowiliśmy podziałać w sferze kultury. Skończyło się na kilku akcjach. Między innymi pomalowaliśmy na czerwono gwiazdę przed magistratem, w ramach zwrócenia uwagi na zanieczyszczenie Odry wykonaliśmy napis „Odra integracyjnym ściekiem”. Współorganizowaliśmy kilka imprez kulturalnych. Nie bez echa przeszła też akcja badania natężenia ruchu rowerowego. No i oczywiście nasza ostatnia akcja, czyli sprzątanie kirkutu na Dębowej. Niestety, wymogi gminy żydowskiej odnośnie porządkowania cmentarzy (nie wolno naruszać ziemi) uniemożliwiły dokładne odchwaszczenie terenu kirkutu. Zresztą może dobrze się stało, bo to stanowisko chronionej rośliny.

Później, jak to zwykle bywa z młodymi ludźmi w tym mieście, ponad połowa członków GIL wyjechała z miasta zaraz po maturze, nie widząc dla siebie perspektyw i możliwości działania. Ci, co pozostali, nadal się w jakiś sposób angażowali, jednak w 2004 r. zrezygnowałem z pracy w stowarzyszeniu.

Czy te działania były zauważalne? I tak, i nie. Nie mieliśmy pieniędzy. Bazowaliśmy na pomocy znajomych, komputery, drukarki to była wtedy rzadkość. Ale przypominam sobie, jak z okazji 25-lecia miasta rozdawaliśmy ulotki pod kozielskim domem kultury i z moich rąk wziął ją taki rudy człowiek. Potem poznałem go jako Grzegorza Chudomięta. Kilka lat temu, gdy rozmawiałem z radnymi Kapkami, Wojtek wyciągnął tę ulotkę i powiedział, że zainspirowała go do zaangażowania się w politykę. Zdziwił się, jak się dowiedział czyjego jest autorstwa.

Kamil Nowak

Wierzysz jeszcze w to, że w Kędzierzynie-Koźlu może powstać stowarzyszenie, jakiś oddolny ruch, który naprawdę coś w tym mieście zmieni, pobudzi ludzi do działania?

Oczywiście. Przykładem jest stowarzyszenie „KK – pochwal się miastem”. Przypomina mi to trochę GIL. Trzymam za nich kciuki.

Problemem Kędzierzyna-Koźla jest brak młodych, pełnych zapału ludzi, którzy angażowaliby się w takie projekty. Niestety, zauważalna jest tendencja, że po maturze co ciekawsze jednostki wyjeżdżają stąd do innych miast i nie wracają. Na wyższą szkołę nie mamy co liczyć, zatem pozostaje mieć nadzieję, że tym kilku osobom, które wracają po studiach do miasta, będzie się coś jeszcze chciało zrobić.

Tylko że druga strona, czyli władza, również musi widzieć sens istnienia organizacji pozarządowych i traktować je jako równoważnego partnera, a jak na razie nie da się tego odczuć. Odnoszę wrażenie, że nie tylko tutaj, ale powszechnie panuje zasada: masz kasę – działasz na swój rachunek, nie masz kasy – nie podskakujesz, ale dostajesz pieniądze i jakoś przędziesz. Jest i trzecia możliwość: próbujesz coś zmienić na własną rękę.

Jak oceniasz działalność Towarzystwa Ziemi Kozielskiej? Spotykam się z opiniami, zwłaszcza wśród ludzi młodych, że to klub emerytów. Z drugiej strony koło się zamyka: jeśli młodzi nie wstępują i nie działają w TZK, to trudno, by było inaczej...

Ja też się spotykam z taką opinią. Poza prowadzeniem muzeum, działalnością wydawniczą i organizowaniem różnego rodzaju sympozjów to zamknięty ośrodek. Przynajmniej sprawia takie wrażenie. Bywając na różnego rodzaju wystawach w baszcie można zauważyć, że średnia wieku odwiedzających nie należy do niskich. Tak samo jak ja, jesteś jednym z najmłodszych członków tego gremium. Mimo że ciągle spotykam się z postulatem odmłodzenia TZK, jego władze nic nie robią w tym kierunku. Zresztą sam masz niemiłe doświadczenia. Ja się sparzyłem kilka lat temu, proponując zorganizowanie konkursu na najlepszą pracę dyplomową, skierowanego do absolwentów wyższych uczelni. Po co mają pisać o bzdurach (niestety w większości prace dyplomowe są o niczym), skoro mogliby napisać treściwą pracę o Kędzierzynie-Koźlu. Miastu przydałyby się opracowania nawiązujące do najnowszych trendów wykładanych na uczelniach, być może byłby to również sposób na to, żeby takiego studenta związać z miastem na stałe. Odpowiedziano mi wtedy, że nie ma miejsca, aby magazynować te prace. Ręce opadają.

Jesteś powszechnie znany z sympatii do ruchu anarchistycznego. Historyk anarchizmu Daniel Grinberg twierdzi, że takie poglądy grożą „towarzyską anatemą, jeśli nie utratą miejsca pracy”. Skąd zatem ta pasja i w jaki sposób ją wyrażasz na co dzień?

Jak tak sobie pomyślę, to chyba w jakiś sposób przyczynił się do tego Jarosław Pietrzak, nauczyciel historii w kędzierzyńskim ogólniaku. W ostatniej klasie, chyba w ramach przedmaturalnych przygotowań, trafiłem na jego zajęcia, podczas których zajmowaliśmy się wymyślaniem różnych aktów prawnych dla hipotetycznej wyspy. Pod koniec tych zajęć wyciągnął książkę o filozofii i puścił po klasie. Pożyczyłem ją, przeczytałem i, już samodzielnie, sięgnąłem po następną. Tak się zaczęła moja przygoda z książkami. W końcu trafiłem na ziny. Między innymi na „Mać Pariadkę”, „Zielone Brygady” – to głównie ta lektura namieszała mi w głowie (śmiech). Oczywiście oprócz tego były filmy poszukujące odpowiedzi na pytanie, co steruje ludźmi, że postępują tak, a nie inaczej. No i towarzystwo, w którym się obracałem. W nim większym szpanem było interpretować poezję, dyskutować o książkach, historii czy filmach niż zachwycać się parą nowych butów czy spodni.

Poza tym od kiedy pamiętam miałem problem z różnego rodzaju autorytetami. Zamiast przyjmować coś za pewnik, zawsze zajmowało mnie dociekanie, z jakiego powodu miałbym to zrobić. Po czasie, gdy zacząłem angażować się w różnego rodzaju akcje, wychodziło na to, że głównym wrogiem społeczeństwa są instytucje biurokratycznego państwa. Państwa, którego głównym zadaniem jest ujarzmić jednostkę i wpasować ją w tryby mechanizmu, którym zarządzają nieliczni. Anarchizm był taką szufladą, do której można się było przypasować z takimi poglądami. A jak je wyrażam? Cały czas knuję (śmiech).

Wiesz, ja nie narzucam nikomu swoich poglądów, nawet ich nie prezentuję w formie uznanej za propagandę. Nie wyobrażam sobie gadki w takim stylu: Dzień dobry, nazywam sie Kamil Nowak i jestem anarchistą, czy zechciałaby pani wziąć udział we wszechświatowej rewolucji, mającej na celu likwidację ucisku, które wywiera na nas państwo? Przecież to bez sensu, bo co miałoby być dalej? Jeżeli tak, to czy znalazłaby pani jutro czas, aby wysadzić komisariat na Wojska Polskiego? (śmiech) Z rzucania kamieniami w policję wyrosłem, zanim do tego dojrzałem. Zawsze wolałem rozmawiać. Żeby znaleźć wspólny język z większością osób, wystarczy powiedzieć, że ludzie mają mało do powiedzenia w kraju, w którym żyją. Jeżeli widzą, że nie chcesz ich zwerbować do jedynie słusznej partii lub sekty, gdzie musieliby się dostosować do racji jakiegoś wodza lub jego otoczenia, to zauważasz, że bardzo często więcej ludzi łączy niż dzieli. I to raczej trafia do każdego. Problemem pozostaje kwestia, czy chcą coś z tym zrobić. Oczywiście, zdarzają się tacy, którym samodzielne myślenie przychodzi z oporem. Ale jeżeli ktoś ma potrzebę życia pod butem, to jego sprawa.

Utworzyłeś sekcję Federacji Anarchistycznej w Kędzierzynie-Koźlu. Opowiedz o tym...

Idea utworzenia lokalnej sekcji była zupełnie przypadkowa. Przez szereg lat działaliśmy jako Klub Wolnych Anarcho-Surrealistów. W 2003 r., jako przeciwnik udziału Polski w wojnie w Iraku, postanowiłem pojechać na demonstrację antywojenną do Opola. Po jej zakończeniu spotkałem się z członkami opolskiej sekcji FA. I tak od słowa do słowa dowiedziałem się jak można przystąpić do FA. Pojechałem na zjazd, który odbywał się w częstochowskim squacie. W sekcji było nas kilka osób. Rok później, po narodzinach dziecka, wrzuciłem na luz, a może doszło do mnie, że samymi protestami nic się nie wskóra. W końcu w 2008 r., nie widząc dalszego sensu utrzymywania sztucznego bytu, zgłosiliśmy podczas przygotowań do kolejnego zjazdu rozwiązanie sekcji.

Kamil Nowak

Jako anarchista spotykałeś się z młodzieżą w I LO w Koźlu. Co jej mówiłeś?

W liceum, podczas spotkania organizowanego przed wyborami parlamentarnymi, poruszyłem temat fikcji wyborów, kreowanych na odbywające się co cztery lata święto demokracji. Mnie bardziej niż słupki sondażowe interesuje okres pomiędzy wyborami, podczas którego społeczeństwo nie ma nic do powiedzenia. Przedstawiłem różnice pomiędzy potrzebami mieszkańców Kędzierzyna-Koźla a tym, co robią władze miejskie – np. brakiem konsultacji społecznych, chociażby w zakresie planowania rozwoju miasta.

Jak więc to możliwe, by anarchista, przeciwnik państwa i jego instytucji, został szefem Rady Osiedla Zachód?

Kilka lat temu zainteresowałem się tematem budżetu partycypacyjnego i realnym udziałem mieszkańców miasta w podejmowaniu decyzji dotyczących ich samych i otoczenia, w którym żyją. Z opisów wiedziałem, jak ta sprawa wygląda w rzeczywistości – przykładem może być brazylijskie Porto Alegre. Zastanawiałem się, jak można przenieść brazylijskie rozwiązania na nasz grunt. W 2005 r. przypadkowo znalazłem w internecie informację o organizowanej w Krakowie na osiedlu Podgórze imprezie, mającej na celu ratowanie lokalnego parku przed zakusami inwestorów. Pojechałem tam i zobaczyłem, że rada osiedla w porozumieniu z organizacjami pozarządowymi i wolontariuszami zorganizowała festyn, podczas którego każdy mógł wejść na scenę i powiedzieć, co mu leży na sercu odnośnie osiedla, w którym mieszka.

Zainspirowałem się tematem do tego stopnia, że gdy znalazłem informację o konsultacjach społecznych odnośnie statutów rad osiedlowych w Kędzierzynie-Koźlu, postanowiłem wziąć w nich udział. Przeczytałem statut, zastanowiłem się, co można by zmienić, aby ludzie mieli więcej do powiedzenia i poszedłem na spotkanie. Tam doszła do mnie rzeczywistość. Pamiętam do dzisiaj, jak ówczesny szef rady osiedla na pytanie młodej dziewczyny, co osiedle i miasto ma do zaproponowania młodym ludziom, odpowiedział, że młodzi powinni siedzieć w domu i się uczyć.

W międzyczasie zacząłem analizować wnioski mieszkańców miasta, które nadsyłają do budżetu – ich realizację i inne sprawy dotyczące transparentności decyzji podejmowanych na terenie miasta. Dokładnie prześledziłem proces zatwierdzania nowych statutów rad osiedlowych. Po analizie stwierdziłem, że przy obecnych możliwościach (a raczej ich braku), jakie daje statut gminy i statuty rad osiedlowych, należałoby stworzyć alternatywny budżet mieszkańców. Zgłosiłem się do projektu „Sami sobie”, organizowanego przez stowarzyszenie „Obywatele – obywatelom”, z zamiarem przeprowadzenia własnego projektu konsultacji tego typu na terenie Kędzierzyna-Koźla. Niestety, było to tuż przed wyborami do rad osiedli i w większości odsyłano mnie na czas po wyborach. Obawiałem się, że po wyborach dojdzie do tej samej sytuacji, zatem postanowiłem wejść do swojej rady, aby zaproponować, już jako jej członek, wprowadzenie w życie tej akcji. No i tak jakoś wyszło, że zostałem jej szefem. Widocznie miałem do zaproponowania rozwiązania, które mogły zmienić obecny stan rzeczy.

poniedziałek, 13 września 2010, mnovack

Polecane wpisy

  • Żywioł zaatakował w Rogach

    Wczesny poniedziałkowy wieczór 11 lipca 2016 r. mieszkańcy Rogów zapamiętają na długo. Wichura uszkodziła tam kilkadziesiąt budynków, z czego 10 całkowicie pozb

  • Powrót do Koźla

    Powrót. Cóż za semantyczna pojemność zawiera się w tym słowie. Krok w tył? Czy powrót na dobrze znany szlak? Wracałem przez kilkanaście lat. Dziesiątki razy. Na

  • Szantki – powrót legendy

    Szantki numer 27 odbywają się w dość szczególnym momencie – tuż po zmianie dyrektora Miejskiego Ośrodka Kultury. W historii miejskiej kultury zapi

Komentarze
2010/09/14 23:53:32
To ja mam pytanie w ramach ideologii. Czym anarchisci bronia swoje prawo do anarchii?
-
2010/09/26 21:24:49
Dobry pomysł. Myślę, że zainteresuje Cie ta strona: www.demokracjabezposrednia.pl/
Znajdziesz tam ludiz podobnie myślących.
pozdrawiam, jordan